"PIĘĆ KRAKOWIAN NA SIARCE
czyli jak się wypoczywa w Kiczorach
Jak w ubiegłym roku, tak i w bieżącym, nasza rodzina spędziła część wakacji na Orawie. W tym roku było to gospodarstwo agroturystyczne Państwa Warzeszaków w Kiczorach.
Już sam dojazd na koniec wsi sprawił dzieciakom sporo radości. O ile do samej Lipnicy i Kiczor dojechaliśmy bez problemu, to pod sklepem, gdzie kończy się w miarę szeroka droga, zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Postanowiliśmy jechać wciąż za drogą, wiedząc, że dom jest na końcu wsi. Niedługo potem, ku wielkiej naszej radości, zobaczyliśmy na drzewie strzałkę i napis: Kiczory 129. To był cel naszej podróży. Skręciliśmy zgodnie ze wskazówką i wjechaliśmy na polną, wyboistą drogę, zmuszającą do zwolnienia do 20 km/h. Ku uciesze naszych pociech dojechaliśmy nią... do lasu! Na szczęście dzieci zauważyły na kolejnym drzewie następną strzałkę i tym razem dotarliśmy do celu.
Muszę przyznać, że już sam dom i jego otoczenie robi ogromne wrażenie. Chyba w ciągu kilkunastu lat podróżowania z dziećmi na wakacje w różne strony Polski, jeszcze nigdy nigdzie nie znaleźliśmy takiej oazy spokoju. A o to przecież chodziło – żeby odpoczęły nie tylko dzieci, ale i rodzice. W gospodarstwie Państwa Warzeszaków można bez obaw „wypuścić” dzieci na dwór, nie martwiąc się, że wpadną pod auto, wejdą na jezdnię, zbiją szybę piłką, podeptają gospodyni grządki z kwiatami czy zrobią siusiu pod ozdobnym srebrnym świerkiem. Nie wpadną pod auto na jezdni – bo ani ulicy, ani aut tam nie ma. Nie zniszczą roślin, bo naokoło domu jest łąka i teren z „normalnie” rosnącą, nie strzyżoną trawą, a na wyciągnięcie ręki jest las, gdzie choinek jest bez liku. A do grania w piłkę z tyłu domu jest specjalnie zrobione boisko. O dziwo, w tym roku oprócz niesłychanych ilości borówek (brawa dla gospodyni za przepyszne pierogi z borówkami!) co dzień znajdowaliśmy grzyby. Przynosiły je nawet dzieci, by potem pokazać dorosłym, czy aby nie są trujące. Dodatkową atrakcją była rzeczka przepływająca tuż koło gospodarstwa, przy której gospodarz rozpoczął budowę... młyna! Maluchy znalazły nawet sposób na chodzenie po wodzie w dni, gdy nie było pogody – zakładały do chodzenia gumiaki! Wiązały się z tym różne niespodzianki, np. przychodziły potem z dumną miną i mówiły: a w moim gumiaku była większa żaba niż u kolegi! Brr!
Całe dnie spędzaliśmy na dworze. Jednak dla dzieci największą atrakcją były nie – zabawy na huśtawce–oponie (był nawet hamak) czy w piaskownicy, ale udział w życiu gospodarstwa. Bo u Państwa Warzeszaków, z czystym sumieniem można powiedzieć, że agroturystyka kwitnie. Nikt dzieciom nie zabraniał przyglądania się czy pomagania na swój sposób. Trzeba było widzieć jak zgraja kilkunastu wrzeszczących berbeci z okrzykiem „Idziemy po krowy!” pędziła z gospodarzem na pastwisko (biedne krowy!). Potem następowała ceremonia asystowania w oborze przy dojeniu. Z początku dzieci tylko się przyglądały, ale jakież było ich (i rodziców) zaskoczenie, gdy gospodarz pozwolił im ... samemu przez chwilkę podoić sobie krowę (podziw dla krasuli za anielską cierpliwość!). Dla dzieci z miasta to przeżycie, którego z pewnością długo nie zapomną. Podobnie jak możliwość nakarmienia świni, kur czy zobaczenia momentu, jak z jajek wykluwają się pisklaki, co nie każdemu udaje się w życiu widzieć. Starsi chłopcy mieli okazję przejechać się traktorem przy zwózce siana i pomagali przy zakopywaniu rury doprowadzającej wodę do budynku, z czego czuli się bardzo dumni. Wszystko oczywiście pod bacznym okiem gospodarza, który okazał się także... znakomitym graczem w ping–ponga. Stół do tenisa stoi w garażu i przez większość dnia jest oblegany. Nasz 10–letni syn, który w tej dziedzinie odnosi niezłe sukcesy na szkolnym etapie, był nieźle zaskoczony przegrywając dwoma punktami. Ba! Dostał nawet niezłą lekcję cennych wskazówek na przyszłość.
Oboje Gospodarze stwarzają w domu przemiły klimat gościnności, spokoju, życzliwości. Pani Stanisława wspaniale godzi rolę gospodyni, matki i prowadzącej dom dla turystów. A naprawdę niełatwo jest przygotować posiłki dla 20 osób! Wszystkie potrawy były pyszne, ale na wielkie uznanie zasługuje codziennie świeży biały ser domowej roboty, który z durszlaka wybieraliśmy łyżkami. W ogóle większość potraw przygotowana była z własnych produktów, jedzenie było proste, ale bardzo smaczne. Że już nie wspomnę o wieczornych ogniskach ze smażeniem kiełbasek...
W domu Gospodarzy jest jeszcze jedna atrakcja, z której niektórzy mieli możliwość skorzystać – łazienka do kąpieli w wodzie siarczkowej, pomocnej w wielu schorzeniach. Może szkoda tylko, że nie jest ogólnodostępna, tylko zarezerwowana dla jednego pokoju. Ale znając pomysłowość Gospodarzy pewnie coś wymyślą, żeby więcej turystów mogło z niej korzystać... (już mnie informowali, że od przyszłego roku łazienka będzie w innym miejscu, by wszyscy chetni mogli z niej korzystać).
Oczywiście nie siedzieliśmy tylko koło domu. W okolicy jest mnóstwo atrakcyjnych miejsc na wycieczki. Najpierw zwiedziliśmy najbliższą okolicę – wioskę Lipnicę, Skansen w Zubrzycy Górnej, Halę Krupową, Krowiarki, Rabkę z Rabkolandem, Chabówkę ze skansenem starych lokomotyw, a potem zaliczyliśmy Babią Górę idąc na nią dwoma różnymi szlakami - od strony polskiej i słowackiej, chcąc poznać jaki jest szlak po stronie naszych sąsiadów (żółty – godny pożałowania – bardzo źle oznakowany, zwłaszcza na rozwidleniach dróg powinny być wyraźne znaki; można się pogubić jak ktoś idzie pierwszy raz), na Słowacji zwiedziliśmy też piękny zamek na skale w miejscowości Orawski Podzamok (polecamy – naprawdę warto poświęcić te 100 koron). Przeszliśmy też turystycznym przejściem granicznym za Przywarówką i dotarliśmy do Schroniska Chata Slana Voda. No i oczywiście spacery i wycieczki na rowerach po okolicy. Byliśmy też w Murowanicy na Pokazach Sportowo–Pożarniczych, na których można było oglądać konkurencje i rywalizowanie orawskich strażaków, dzieci wchodziły do wozów strażackich i pomagały w zwijaniu "sikawek", podziwialiśmy też piękne występy dzieci i młodzieży orawskiej - śpiewy, gwary i tańce. Wielkie dla nich uznanie za zainteresowanie kulturą orawską i chęć muzykowania.
Dziesięć dni minęło szybko, jak zwykle za szybko i trzeba było wracać do Krakowa. Jeszcze raz na łamach gazetki serdeczne dzięki Państwu Warzeszakom za wspaniale zorganizowany wypoczynek. Prawdziwy wypoczynek. I już dziś myślimy o wakacjach w przyszłym roku. Jak Pan Bóg pozwoli, to znów wrócimy na Orawę...
"